Malleus – rockowy kolektyw sztuki.

Ten wywiad ma szansę trafić do szerszego grona czytelników, spośród których część być może usłyszy o Was po raz pierwszy. Powiedzcie kilka słów o tym, czym jest Malleus?

Poia: Malleus Rock Art Lab to my, czyli Urlo, Lu i ja. Razem tworzymy kolektyw sztuki, a jednocześnie jesteśmy oddani muzyce rockowej. Muzyka i sztuka od dawna zajmowały znaczące miejsce w naszych głowach i sercach, dlatego postanowiliśmy połączyć te dwa elementy, dwie największe pasje. Malleus to rezultat naszego ścisłego związku z jednym i drugim. Wszystko zaczęło się dawno temu, trochę z przypadku. Zaczęliśmy to w zasadzie dla żartu, a po kilku latach aktywności tak się jakoś złożyło, że Malleus stał się naszym podstawowym zajęciem. Poświęcaliśmy mu coraz więcej czasu, w którymś momencie uświadomiliśmy sobie też, że wszystko układa się generalnie po naszej myśli, tak jakby los nam sprzyjał. Taki był punkt startowy dla tego, czym Malleus jest dzisiaj. Wciąż pozostajemy ściśle związani z muzyką, w tym temacie w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło, dlatego można chyba powiedzieć, że Malleus to po prostu trochę inny od standardowego sposób spojrzenia na muzykę. To jakby muzyka z perspektywy rozmiłowanych w muzyce twórców, którzy realizują się także w innym, pozamuzycznym obszarze. W skrócie rzecz ujmując, powiedziałbym, że Malleus powstał z potrzeby nadania materialnej postaci temu, co słyszą nasze uszy.

Co tworzycie?

Poia: Na początku projektowaliśmy tylko okładki do winyli i płyt kompaktowych, później doszły do tego plakaty koncertowe. Pierwsze plakaty powstawały dla naszego ówczesnego zespołu (Judy Corda – sprzed Ufomammut), po czym zaczęliśmy projektować także dla innych zespołów. Generalnie, zaczęliśmy od prac dla zespołów. Kolejnym krokiem były plakaty kolekcjonerskie, wytwarzane już inną metodą – nie w offsecie, a w sitodruku. Nie ograniczaliśmy się jednak wyłącznie do plakatów, tworzyliśmy też ilustracje i okładki do książek, generalnie wszystko, co w jakiś sposób wiązało się z ilustracjami, z rysunkami. Zawsze jednak podstawą i głównym motywem naszych działań była muzyka. Muzyka stanowiła trzon.

Urlo: Tak, na samym początku wszystko kręciło się wokół muzyki, ale później zaczęło się to trochę zmieniać. Teraz działalność Malleus jest znacznie bardziej zróżnicowana, bierzemy na warsztat różne inne rzeczy. Plakaty koncertowe to wciąż bardzo istotny, ale nie jedyny element naszej działalności.

Lu: Nowa rzecz to między innymi plakakty filmowe…

Urlo: A do tego wizualizacje video, nie tylko dotyczące muzyki, i takie tam.

Poia: Nawet etykiety do win.

Urlo: Tak, ale to akurat jest chyba dość mocno związane z muzyką (śmiech).

Kiedy zorientowaliście się, że Malleus staje się głównym motywem Waszego życia?

Poia: Użyłem przed chwilą słowa “żart”, ale dla nas to nie była w gruncie rzeczy zabawa. Traktowaliśmy i traktujemy to poważnie. Może i było w tym coś na kształt zabawy, ale takiej na poważnie. Byliśmy jak dzieci, które choć się bawią, nie traktują gry, jak zabawy, ale podchodzą do niej bardzo poważnie, bez dystansu. Chodzi mi o to, że nie od początku Malleus był naszą podstawową aktywnością, czymś co przynosi dochód i pozwala się utrzymać. Ale w końcu zaczęliśmy sobie uświadamiać, że jeśli skorzystamy z szansy, wykorzystamy nadarzającą się okazję, to może tak się stać. To było mniej więcej po 2-3 latach od powstania Malleus, wtedy rozejrzeliśmy się wokół siebie i zadaliśmy sobie pytanie, dlaczego właściwie nie pociągnąć tego dalej. To wtedy postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, żeby rozwinąć tę inicjatywę, która zaczęła się nie do końca na poważnie, ale dla nas od początku była ważnym elementem życia. Stało się to naturalnie, to nie była decyzja w rodzaju “siadamy i ustalamy, że od teraz bierzemy się za to na całego”, tak się po prostu zaczęło dziać. Tak jakby Malleus rozrastał się na naszych oczach i spychał inne zajęcia na bok. Pewne rzeczy się działy, a my rozwijaliśmy się wraz z nimi. Ciąg kolejnych zdarzeń dał takie a nie inne rezultaty. Tak po prostu wyszło.

Urlo: Prawda jest taka, że to, co robimy, to jedyne rzeczy, którymi jesteśmy w stanie się zająć. Możemy robić tylko i wyłącznie to, ponieważ nic innego nie potrafimy. Grać muzykę, rysować… Jesteśmy bezdyskusyjnie i całkowicie niezdolni do zajęcia się czymkolwiek innym (śmiech).

Jak wygląda podział pracy w Malleus? Nie jesteście za bardzo skłonni zdradzać, co kto dokładnie robi, trzymacie się wersji, że wszyscy zajmują się wszystkim, mniej więcej po równo.

Urlo: Ja odpowiadam za planowanie (śmiech).

Poia: I dlatego nie mamy żadnych planów (śmiech).

Kto robi szkice?

Urlo i Poia: Głównie my. Nad doborem kolorów pracujemy wspólnie. To w dużej mierze loteria.

Łatwo się dogadujecie czy zdarzają się Wam spory?

Urlo: Szczerze mówiąc, najczęściej jest tak, że spieramy się, polemizujemy, etc.

Poia: Pomysły pochodzą od całej naszej trójki. To taka burza mózgów. Pracujemy nad szkicami, później razem staramy się wypracować kompromis, jeśli chodzi o dobór kolorów. Zwykle jest tak, że każdy ma zupełnie inny pomysł, więc dyskutujemy, zmieniamy, tworzymy kilka wersji, aż w końcu  którąś wybieramy. Nie jesteśmy jednomyślni, ale jednocześnie działamy, jakbyśmy, byli jednym organizmem. Mimo różnic, potrafimy się porozumieć.

Urlo: Kiedy pracujemy nad kolorami, tworzymy kilka alternatywnych wersji i na ich podstawie dokonujemy ostatecznego wyboru. W ten sposób powstają też wersje Art Print – ten sam plakat w bardziej limitowanej edycji z alternatywnie dobraną paletą barw. Generalnie uważam, że praca w zespole jest lepsza niż w pojedynkę. Robimy coś wspólnie, a później możemy wymienić się spostrzeżeniami, podystkutować, wyciągnąć wnioski na przyszłość. Im więcej punktów widzenia, im więcej różnych perspektyw, tym lepiej. Nie zawsze jest łatwo, ale ogólny rozrachunek wychodzi na korzyść. Mnie to odpowiada, lubię tak pracować.

Poia: Różne perespektywy, różne spojrzenia na ten sam przedmiot to ważny element naszej pracy. Taki system raz może okazać się bardzo pomocny, innym razem może z kolei stanowić pewne ograniczenie, ale ogólnie bardzo się przydaje. Na pewno wynika z tego więcej korzyści, niż niedogodności.

Jak istotne w procesie twórczym są nowe technologie, komputery? Pomysł, szkic rodzi się przy pomocy ołówka, ale jak wygląda to dalej?

Lu: Korzystamy z technologii, ale w ograniczonym zakresie. Jest jednak jeden kluczowy etap – pomiędzy projektem rysunku na papierze a rozpoczęciem procesu drukowania w sitodruku, w którym technika odgrywa bardzo istotną rolę. Komputery są nam niezbędne podczas doboru kolorów oraz tła, natomiast kolorowe drukarki atramentowe – do tworzenia klisz, których używamy do wypalania szablonów drukarskich, służących do finalnego, ręcznego wydruku afiszy. Tak czy owak, komputery są zawsze, w całym tym procesie, wyłącznie narzędziem, nad którym to my mamy władzę i które bez naszego wkładu byłoby bezużyteczne.

Chcielibyście zrobić plakat do któregoś z filmów Tarantino, choćby ostatniego – Django Unchainded? Klimat jego filmów wydaje się dobrze pasować do Waszej twórczości. Mam na myśli dwa motywy -  kobiety i krew.

Urlo: Myślę, że generalnie tak, moglibyśmy to zrobić, dlaczego nie. W końcu gość, który zaprojektował plakat do Django, też jest Włochem (Federico Mancosu). Jeśli chodzi o jego plakat, to, co zwróciło moją uwagę, to jego prostota. Plakat jest fajny, ale ma bardzo uproszczoną formę. Jest bardzo bezpośredni, z jednoznacznym przekazem. Całkiem inny niż to, co my zwykle robimy w Malleus. Sam nie wiem, byłoby świetnie móc coś zrobić dla Tarantino, ale nie jestem pewien, czy bylibyśmy tu właściwymi ludźmi na właściwym miejscu, nie wiem, czy Malleus faktycznie by się do tego nadawał.

W 2008 roku ukazała się książka Hammer of God, stanowiąca przegląd Waszej twórczości od początku istnienia Malleus. Planujecie kolejne podobne wydawnictwo?

Poia: Chcielibyśmy, od pierwszego wydania minęło faktycznie sporo czasu, mamy wiele nowych plakatów, więc fajnie byłoby rozszerzyć drugie wydanie o kolejny, nowy rozdział. Pewnie powstanie drugie wydanie, pytanie tylko – kiedy. Staramy się nie robić planów, bo z ich realizacją bywa różnie. Na pewno mamy to na uwadze, myślimy o tym, ale na razie bez konkretów.

Zgodnie z rozpoczynającą Hammer of God opowieścią, trójca Malleus to kontynuatorzy dzieła trzech czarodziejów z Grantorty. Możecie wyjaśnić, o co chodzi w tej historii?

Urlo: Cóż, miasto, w którym mieszkamy nazywa się Tortona. Po włosku Tortona można tłumaczyć jako Wielki Tort. Torta to ciasto (tort), a Tortona – duże ciasto, duży tort. Stąd wziął się pomysł przedstawienia tego w taki sposób, że nasza trójka, ekipa Malleus żyje wewnątrz tego wielkiego tortu, jak robaki wewnątrz wielkiego jabłka. Uznaliśmy wtedy, że to zabawny koncept – rzeczywistość, która rozgrywa się w wielkim torcie.

Lu: Ale sama Tortona wcale nie jest tak piękna i słodka, zupełnie nie przypomina tortu.

Zdjęcia Tortony w sieci wyglądają całkiem nieźle.

Lu i Urlo: Nieźle? Nie, niemożliwe.

Poia: Zawsze mówiłem, że Tortona wcale nie jest taka zła w zestawieniu z innymi miastami. Moim zdaniem, to jedno z lepszych miast we Włoszech. Poza tym, obszar wokół jest bardzo przyjemny, chociaż samo miasto nie jest może szczególnie urokliwe. Zawsze jest tak, że są miasta lepsze i gorsze, a w samych miastach lepsze i gorsze miejsca. Moim zdaniem, braki Tortona z powodzeniem nadrabia okolicami, które ją otaczają. Jest sporo fajnych przestrzeni, pól, lasów, etc.

A jak Wam idzie, czarodzieje z Grantorty, wyzwolenie Zlęknionego Ludu ze strefy smutku i cienia?

Poia: Nie mam nic do powiedzenia na ten temat…

Urlo: No wiesz, staramy się jakoś przełamać szarość, używamy kolorowych atramentów… Koniec odpowiedzi. Sam nie wiem, staramy się robić dobrze to, co robimy. Moim zdaniem, czasem wskazane jest trochę się bać. To skłania ludzi do myślenia, do zastanowienia się nad różnymi kwestiami.

Dlaczego ukrywacie się pod pseudonimami?

Urlo: Właściwie… trudno powiedzieć. Nie przepadamy jakoś szczególnie za naszymi prawdziwymi imionami. Są zbyt… Chodzi o to, że moje (Giovanni) jest bardzo popularne, brzmi tak jakoś … Nie wiem, generalnie nie lubię włoskich imion. Zdecydowanie wolę ksywy czy pseudonimy. Poza tym, czasem tak jest łatwiej, choć w gruncie rzeczy akurat nie w moim przypadku. Za każdym razem, kiedy podaję komuś nick “Urlo”, trudno to zrozumieć przez “r” w środku. No wiesz, musisz to wymawiać z naciskiem na “r” jak Urrrrlo. “Poia” jest łatwiejsze.

Poia: To prawda, ale mój nick przylgnął do mnie lata temu, jeszcze za szkolnych czasów, kiedy byłem dzieciakiem. “Poia”, od nazwiska Poggi, to moje przezwisko od bardzo dawna, które po prostu przetrwało przez te wszystkie lata, aż do teraz. Ale ja nie mam żadnego problemu z moim autentycznym imieniem – Giuliani.

Urlo: Ja też nie mam z tym problemu, po prostu bardziej odpowiada mi sytuacja, w której jestem kojarzony z tym nickiem, kiedy jestem rozpoznawany jako Urlo. W ten sposób od małego nazywała mnie matka. “Urlo” znaczy “krzyczeć”, a ja jako dziecko często płakałem, krzyczałem…W gruncie rzeczy, nie ma się czym chwalić. A Lu to po prostu skrót od Luise.

W Waszych pracach można odnaleźć pewne podobieństwa do twórczości Muchy czy  Ricka Griffina. Jak duży wpływ wywarły na Was te nazwiska, w jaki sposób wpłynęły na ukształtowanie się charakterystycznego stylu Malleus?

Urlo: Poza Muchą i Griffinem, było jeszcze kilku innych. Oczywiście, ci dwaj to jedni z najważniejszych twórców, którzy stanowili dla nas inspirację. Obok takich, jak Andrea Pazienza, Mike Mignola, Schiele, Moebius, nawet jeśli ich wpływ nie jest już tak oczywisty, widoczny w naszych pracach. Również Warhol, Klimt, Kirby, Toppi, a poza tym twórczość czy sposób spojrzenia na rzeczywistość wielu innych artystów, znanych i mniej znanych. Albo tylko pojedyncze ilustracje, przypadkiem napotkane obrazy.

Lu: Źródeł inspiracji jest bardzo wiele. Można ją czerpać z dowolnego źródła, może stać się nią wszystko. To nie tylko ilustracje, obrazy, plakaty, ale też kino, muzyka, w zasadzie wszystko.

Poia: Tak, im dłużej działamy, tym bardziej różnorodne one są. Napływają z rozmaitych kierunków. Nie inspiruje nas już tylko, czy głównie, tak jak to było na początku, twórczość innych artystów. Kiedy zaczynaliśmy, na pewno byliśmy pod większym wpływem takich postaci, jak choćby Griffin, ale później zaczęło się to zmieniać. Z czasem staliśmy się bardziej głodni czegoś innego, nowego, szukaliśmy nowych źródeł, nowej perspektywy. Staramy się cały czas iść naprzód, rozwijać się, ewoluować, nie zamykać w jednej manierze, różnicować pomysły. Zmieniać. Nawet, jeśli nasz “kręgosłup” twórczy jest zawsze ten sam. Nie chcemy ograniczać się do jednej kategorii źródeł, nie chcemy zamykać się w żadnych ramach. Najważniejsze, to pozostać wolnym, obserwować rzeczywistość, być otwartym na to, co się wokół dzieje.

Pierwsze plakaty pod szyldem Malleus – dla Orange Factory – powstały w 2000 roku techniką offsetową. Dlaczego całkiem zarzuciliście to pierwsze?

Urlo: Zaczęliśmy od kilku plakatów dla naszych własnych zespołów. Najpierw Judy Corda, później Ufomammut. To były właśnie plakaty w offsecie, nie w sitodruku. Ben i Sara z Orange Factory zwrócili się do nas z pytaniem, czy nie chcielibyśmy zrobić dla nich plakatu, do organizowanych przez nich koncertów. Orange Factory to agencja koncertowa. To od nich zaczęła się nasza, wtedy jeszcze zabawa, z tworzeniem plakatów. Przedtem, jak już mówiliśmy, robiliśmy tylko okładki do płyt. Po kilku latach, w 2002 roku, zrobiliśmy wreszcie nasz pierwszy plakat w sitodruku. Dotyczył on wystawy, która miała miejsce w Stanach, w Filadelfii, a jej tytuł to “Artifacts of the Improbable” (plakat można zobaczyć tutaj).

Zawdzięczamy to w gruncie rzeczy przypadkowi. Chcieliśmy zacząć drukować w sicie, ale nie bardzo wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Przy okazji jednej z wystaw plakatu w Mediolanie poznaliśmy ekipę Firehouse, wtedy też po raz pierwszy zobaczyliśmy ich afisze, drukowane właśnie w sitodruku. Zrobiły na nas spore wrażenie, a zwłaszcza różnice w kolorach, w głębi obrazu. Sita nijak nie da się porównać do offsetu. Mieliśmy to szczęście, że przypadkiem znaliśmy dwóch gości z Tortony, którzy zajmowali się sitodrukiem od lat ’70. Zapytaliśmy ich, czy nie mogliby nauczyć nas warsztatu, drukowania w sicie krok po kroku, a oni się zgodzili. Tak jak mówiliśmy, los od początku nam sprzyjał. W ten sposób, około roku 2002 Malleus rozpoczął swą przygodę z sitodrukiem. Pierwszy plakat wydrukowany tą metodą powstał mniej więcej w listopadzie albo grudniu 2002 r. Kurcze, ale jesteśmy starzy. Zaczęliśmy 12 lat temu, to szmat czasu.

Poia: Zrezygnowaliśmy z offsetu, ponieważ sitodruk daje znacznie więcej możliwości. Tych dwóch technik nie sposób porównać. Sitodruk to zupełnie inny świat, to działanie wieloetapowe, możesz obserwować cały proces powstawania plakatu, krok po kroku. Ten sposób druku można uznać za zdecydowanie bardziej artystyczny, znacznie bardziej zaawansowany. Z drugiej strony, decydując się na sitodruk kosztem offsetu, ponosi się większe koszty, zarówno jeśli chodzi o czas, jak i pieniądze na materiały, oraz te, które za plakat płaci nabywca. Najistotniejsze jest jednak to, że każdy druk zrealizowany w sitodruku ma własną, wyjątkową historię. Offset jest pozbawiony tej magii.

Ten nieprawdopodobny papier, na którym drukujecie, pochodzi od jednego dostawcy? Powstaje na Wasze specjalne zamówienia, czy czerpiecie z zasobów „katalogowych”? 

Urlo: Kupujemy go w supermarkecie (śmiech). A tak poważnie, we Włoszech jest kilku naprawdę dobrych wytwórców. Korzystamy z różnych rodzajów papieru z fabryki Cartiera, czarnych, lśniących, itd. Używamy też papieru Fedrigoni, to też włoski producent.

Poia: Przez lata przetestowaliśmy wiele typów papieru, nie wszystkie okazywały się dobre dla naszych prac. Jedne były lepsze, inne gorsze. To nie jest tylko kwestia papieru, ale też farb, które się na niego nanosi. Powoli odkrywaliśmy, jakie rodzaje papieru dają najlepsze rezultaty, ale generalnie wciąż się uczymy, wciąż dowiadujemy się czegoś nowego. Za każdym razem, po kolejnym druku, analizujemy jakość, szczegóły, ogólny efekt i decydujemy, czy dany papier był odpowiedni, czy należy go zmienić albo zrezygnować z niego w przyszłości, bo na przykład inny daje ciekawsze rezultaty. To ciągła nauka, nie można powiedzieć, że teraz już wiemy wszystko o papierze i druku. Uczymy się non stop. Niektóre rodzaje papieru źle reagują w kontakcie z wodą, i w efekcie plakat zaczyna falować, nie jest idealnie gładki, czyli taki, jaki powinien być. A przekonać można się o tym tylko w praktyce, metodą prób i błędów.

Dla kogo i w jakich okolicznościach powstał Amen? Wykorzystaliście na tym plakacie wizerunek kardynała Ratzingera, który znany był już wówczas jako papież Benedykt XVI.

Urlo: Ten plakat powstał w związku z prowadzoną w Stanach kampanią społeczną, której tematem przewodnim była polityczna wolność, hasło “gdzie się podział społeczny pokój” i tak dalej. Nie zrobiliśmy niczego nadzwyczajnego. Użyliśmy ogólnie dostępnego zdjęcia papieża, którym w tamtym czasie, w roku 2005, był właśnie Ratzinger, a następnie tylko dodaliśmy do niego tło, które też nie było szczególnie oryginalne i na pewno zostało nie raz użyte wcześniej, w przeszłości. Zestawiliśmy te dwa elementy i tyle, cała filozofia. Jeśli plakat w jakiś sposób sprawia, że ludzie odczuwają niepokój, kiedy na niego patrzą, to chyba dobrze, bo w gruncie rzeczy tak powinien wpływać na ludzi papież. Chyba.

Lu: Niektórym taki wizerunek może wydawać się złowieszczy…

To fakt. A niektórzy czują się z kolei urażeni.

Poia: Faktycznie, może tak być, ale to przecież nie jest nasz problem. Jeżeli ktoś widzi na przykład w tym wizerunku zło, my nic nie możemy na to poradzić. W obrazie dostrzegasz to, co chcesz w nim dostrzec. To za każdym razem kwestia interpretacji, własnych przeżyć, wyobrażeń, wierzeń. Ten plakat to tylko autentyczna fotografia i zmieniony przez nas układ barw. Nic więcej nie zrobiliśmy. Amen to nie jedyny, a tylko jeden z kilku projektów fotograficznych, jakie wykonaliśmy.

Urlo: Zgadza się, każdy widzi w tym plakacie to, co chce w nim zobaczyć. Jeżeli np. ktoś interpretuje ten wizerunek jako w jakiś sposób diabelski, może po prostu podświadomie jest przekonany, że papież jest symbolem zła. Nie mnie to oceniać, to bardzo indywidualna kwestia. Ja widzę w tym wizerunek wzięty z prawdziwej fotografii i grę kolorów. To, co zobaczą inni, to zawsze kwestia indywidualnej perspektywy.

Poia: To złożony problem. Naszym zdaniem to tylko kwestia kolorów, ale ktoś inny może mieć na ten temat całkiem odmienne zdanie. Pytanie, dlaczego np. czerwień interpretowana jest często tak negatywnie. Nie mam pojęcia.

Urlo: Dlatego właśnie, kiedy zobaczyłem Cię jakiś czas temu ubraną na czarno, w tych czerwonych butach, od razu pomyślałem: czerwone buty = diabeł wcielony (śmiech).

Poia: Czerwień to krew, czerń – noc. Jedno i drugie dla wielu ludzi bywa przerażające, może w tym problem.

Urlo: A poza tym, papież, teraz już były, jest bardzo podobny do Imperatora Palpatine z Gwiezdnych Wojen. Diabelski cesarz.

Poia: I, żeby było jasne, nie jesteśmy pierwszymi, którzy zwrócili na to podobieństwo uwagę.

Czy Ufomammut szykuje jakieś niespodzianki dla wrocławskiej publiczności Asymmetry Festival? Co zagracie?

Urlo, Poia: Zagramy Oro. Mamy nadzieję, że będziemy mieć wystarczająco dużo czasu, żeby zagrać obydwie części – Oro Opus Primum oraz Oro Opus Alter. Oro to w końcu dla nas jedna całość, niezależnie od tego, że podzieliliśmy to wydawnictwo na części i wydaliśmy w formie dwóch płyt. Postaramy się zagrać Oro w całości.

Dzięki za rozmowę!

Malleus: My też dziękujemy, ciao!

Rozmawiała Małgorzata Napiórkowska-Kubicka