„Nienawidzimy imprezowych zespołów” – rozmowa z Johnem Haughmem z zespołu Agalloch.

Melancholijna, eteryczna, niebezpieczna i tajemnicza. Słowa te doskonale opisują muzykę zespołu Agalloch. Muzykę zawierającą elementy black metalu, folku i bardzo wysmakowanego post rocka, by wymienić tylko kilka z wpływów. W maju zespół po raz pierwszy w swojej blisko 20-letniej karierze odwiedzi Polskę.

 Słowo „kompromis” nie istnieje w słowniku muzyków Agalloch. Jeżeli chcą kogoś zadowolić, to tylko siebie samych. Niezależność jest dla Amerykanów sprawą zasadniczą. Kapeli z Portland rodem nie interesuje też częsta obecność w mediach. Choć za często się w nich nie pojawiają, robiąc to, co robią, i jak robią, zbudowali pokaźną bazę fanów na całym świecie i śmiało można Agalloch określać zespołem kultowym. Oczywiście, status taki nie byłby możliwy, gdyby grupa nie nagrywała dobrej muzyki. Może Agalloch nie jest najaktywniejszym zespołem na świecie, ale w ciągu kilkunastu lat istnienia nagrał takie smakołyki jak „The Mantle”, „The Marrow Of The Spirit”, czy wspaniała EP-ka „Faustian Echoes” z 2012 roku. Cieszymy się niezmiernie, że Agalloch zgodził się po raz pierwszy wystąpić w Polsce, na Asymmetry Festivalu. Nasze szczęście jest tym większe, że mózg grupy, John Haughm, zgodził się odpowiedzieć na nasze pytania. Bardzo różne, dotyczące muzyki, natury, wpływów, filmów, a nawet wina.

John, wiem, że Agalloch jest bardzo wybredny, jeśli chodzi o grę na festiwalach. Powiedz mi, co zdecydowało, że zgodziliście się wystąpić na Asymmetry Festivalu we Wrocławiu? Co Was przekonało, że warto przyjechać do Polski?

Nigdy wcześniej u was nie graliśmy, a Asymmetry Festival sprawia wrażenie bardzo interesującego i artystycznego. Szczególnie lubimy takie imprezy, na których możemy jednego dnia podziwiać tak różnorodne zespoły jak Mayhem, Melvins, czy The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble.

Agalloch wystąpi w dużej Hali Stulecia. Skoro scena będzie duża, fani mogą liczyć na to, że przygotujecie coś specjalnego? Efekty wizualne, obrazy, które uczynią Wasz koncert jeszcze bardziej wyjątkowym?

Festiwale to ciężki temat. Wszystko dzieje się w wielkim pośpiechu, co powoduje, że poświęca się detale estetyczne. Oczywiście planujemy przywieźć do Polski coś specjalnego, co urozmaici nasz koncert. Zawsze staramy się to robić. Ale w tej chwili nie wiem, czego oczekiwać od organizatorów Asymmetry Festivalu. Chyba musimy poczekać i przekonać się, co będzie możliwe, gdy już będziemy na miejscu.

Ostatnie wydawnictwo Agalloch to kapitalna jednoutworowa EP-ka „Faustian Echoes” z 2012 roku. Epicki, naturalnie brzmiący kawałek, oparty na klasycznym black metalu, z wtrętami folkowymi, post rockowymi. Wiem, że zespół nie lubi niczego robić w pośpiechu i nową muzykę nagrywacie tylko wtedy, gdy czujecie, iż jest ku temu odpowiedni czas. Ale jest jakaś szansa, że Wasi fani usłyszą we Wrocławiu jakieś nowe kawałki? Nowsze niż „Faustian Echoes”?

Planujemy oczywiście zagrać „Faustian Echoes”, bo ta trasa ma służyć promocji właśnie tego wydawnictwa. Prawdopodobnie będzie to nasze jedyne tournée, na którym zagramy ten numer w całości. Ale nie zaprezentujemy niczego z kolejnego krążka. Mamy na razie trzy nowe piosenki, które być może pogramy sobie podczas próby dźwięku, lecz nie chcemy prezentować ich przed publicznością, dopóki nie będą w 100 procentach ukończone.

Wspomniana EP-ka „Faustian Echoes” została zainspirowana dziełem Goethego. Dramat ten doczekał się również adaptacji operowej, baletowej, filmowej, autorstwa wielkich twórców, jak Schumann, List, Berlioz, Mahler, Wagner. Czy poza książką Goethego inspirowałeś się może innymi dziełami opartymi na „Fauście”?

Naszym pierwszym i głównym źródłem inspiracji dla EP-ki był dramat Goethego. Posiadam kilka różnych wydań tego dzieła. Ale inspirowaliśmy się także opartymi na dramacie filmami Svankmajera oraz Murnaua.

Gdy jesteś pytany o muzyczne inspiracje Agalloch, zawsze wymieniasz nazwy Swans, Godspeed You! Black Emperor, Katatonia, Darkthrone. Tak się składa, że wszyscy ci artyści są aktywni i w ostatnich miesiącach wydali nowe płyty albo wydadzą je niebawem. Słyszałeś może nowe dzieła Swans, GYBE, Katatonia, nowy kawałek Darkthrone? Czy ci wykonawcy wciąż robią na Tobie wrażenie, czy preferujesz ich starsze wydawnictwa?

Jedynym spośród wymienionych zespołów, który wzbudza we mnie umiarkowane zainteresowanie, jest GYBE. Nienawidzę ostatnich albumów Swans i Darkthrone, zaś moja fascynacja Katatonią wygasła jakieś siedem lat temu. Ostatni krążek GYBE uważam za przyzwoity, aczkolwiek nie ma on żadnego startu do tego, co nagrywali kiedyś.

Jesteś muzykiem, grafikiem, miłośnikiem przyrody, lubisz czytać, oglądać filmy wybranych artystów. Rozmawiając z licznymi amerykańskimi muzykami dowiedziałem się od nich, że niemal 90 procent dzieciaków chciało kiedyś zostać baseballistami albo futbolistami amerykańskimi. Jak było z Tobą? Byłeś wśród tych 90 procent, czy też od początku wiedziałeś, że muzyka i sztuka to coś, czym chcesz się zajmować w życiu?

Kiedy byłem w podstawówce, przez cztery lata trenowałem wyścigi motocrossowe. Było to w latach 80. Wtedy chyba byłem najbliżej tego, by być określanym kolesiem, który jest wysportowany i na którego lecą wszystkie laski. Muzyką i sztuką zainteresowałem się bardzo wcześnie, gdy miałem cztery albo pięć lat. Tak więc, to była dla mnie najrozsądniejsza i możliwa do zrealizowania ścieżka kariery.

Wiem, że nie masz dobrego zdania o relacjach człowieka z naturą. Mówisz wręcz, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Raz wyraziłeś nawet opinię, że nasza zagłada jest nieunikniona. Jednakże w Ameryce, i wielu innych krajach, silne są organizacje ekologiczne, walczące o zachowanie lasów, ochronę zwierząt, wody pitnej, etc. Nie wierzysz w to, że działania ludzi mogą zmienić coś na lepsze? Ludzie nie są zainteresowani takimi sprawami, dopóki bezpośrednio ich nie dotkną?

Kiedy przyjdzie to, co nieuchronne, planeta sama się o siebie zatroszczy. My naprawdę jesteśmy zdolni tylko do tego, aby się wzajemnie wyniszczyć. Gatunek ludzki jest dla mnie w sposób oczywisty do tego stopnia arogancki, że myśli, iż ma kontrolę nad losem planety. Ale tak niestety nie jest.

Należysz do tych ludzi, którzy chętnie poznają nowe kraje, nowe kultury. Czytałem Twoje wrażenia z podróży po Finlandii, Twoich doświadczeń ze skałami Externsteine w Niemczech. Czy chciałbyś dowiedzieć się czegoś o Polsce? Jej kulturze, zwyczajach, sztuce?

Oczywiście. Poznawanie nowych miejsc i doświadczanie różnych kultur to jedne z powodów, dla których jeździmy na trasy koncertowe. Rzecz jasna, nie są one najlepszym sposobem na poznawanie kultur, skoro zwykle jesteśmy w jakimś miejscu tylko dzień, góra dwa. Jednakże wciąż daje to możliwość spróbowania lokalnej kuchni, podziwiania jakichś widoków, architektury, może nawet odwiedzenia jakiejś galerii albo muzeum. Agalloch nie jest zespołem imprezowym. Prawdę mówiąc my nienawidzimy zespołów imprezowych. Bardziej interesują nas jedzenie, wino, książki i ciche miejsca. Chciałbym zobaczyć tak wiele Polski jak tylko będę mógł. Zjeść polski posiłek, zwiedzić coś, może pójść do muzeum, jeśli tylko czas mi na to pozwoli. Już jestem fanem polskiego portera i miodu pitnego. Teraz chciałbym zobaczyć jakieś historyczne miejsca w Polsce.

Nigdy nie poznałem Amerykanina, który byłby wielbicielem Jodorowskiego, Bergmana, Svankmajera, rosyjskich reżyserów, różnych cudzoziemskich pisarzy. Jestem pod wrażeniem. Ale ciekawi mnie, jak odkryłeś tych twórców? Z polecenia, czy przez własne poszukiwania? Znasz może jakichś polskich reżyserów? Jest kilku, którzy zostawili swój ślad w Ameryce. Obok Polańskiego choćby Wojciech Jerzy Has, który nakręcił miedzy innymi „Rękopis znaleziony w Saragossie ” i „Sanatorium pod klepsydrą „. Jerry Garcia z Grateful Dead był wielkim fanem „Rękopisu…”.

Nie wiem, kim jest typowy Amerykanin, ale nie mam wrażenia, aby moje zainteresowania były w jakimś stopniu wyjątkowe. Wszyscy ludzie, z którymi utrzymuję kontakty, gustują w podobnych filmach, podobnej muzyce, sztuce, kulturze. Co zaś do polskich reżyserów, najlepiej znam Krzysztofa Kieślowskiego i Agnieszkę Holland. Nie widziałem jeszcze „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, ale zaznaczę sobie, aby sprawdzić ten film.

Powiedziałeś kiedyś: „Zawsze staram się, aby nasze płyty były niczym ścieżka dźwiękowa”. Bez dwóch zdań, każda płyta Agalloch ma taki charakter. Ale ciekawi mnie, czy próbowałeś sobie wyobrazić, zwizualizować film z muzyką Agalloch? Jaki byłby to gatunek, kto miałby go reżyserować, a kto w nim zagrać? A może już istnieje film, do którego, Twoim zdaniem, Wasza muzyka pasowałaby idealnie?

To całkiem ciekawa idea. Bardzo chętnie napisałbym kiedyś muzykę do filmu. Mam wrażenie, że do naszej muzyki nieźle pasowałby filmu typu „Begotten” albo jakaś artystyczna produkcja kina noir. Jednakże Agalloch ma chyba najgorsze z możliwych doświadczenia z reżyserami i wyjątkowego pecha do nich. Nie chcę przez to powiedzieć, że nigdy więcej nie zarejestrujemy wideoklipu albo koncertowego DVD. Lecz z pewnością wizja ewentualnej współpracy z kolejnym dupkiem ze szkoły filmowej, nie inspiruje nas do głębszego zainteresowania się tym medium. Może pewnego dnia jakimś cudem poznamy rozsądnego człowieka, który przy okazji robi wspaniałe klipy w estetyce, pod którą moglibyśmy się podpisać. Może to marzenie ściętej głowy?

Poza wspaniałą muzyką, którą stworzyliście w ciągu blisko 20 lat, Waszym niewątpliwym osiągnięciem jest artystyczna niezależność. Kiedy słucham waszych płyt nawet przez chwilę nie mam wątpliwości, że jest na nich coś nieszczerego, szytego na miarę. U Was rządzi sztuka, nie komercja. Znaleźliście dla siebie niszę, dzięki czemu zyskaliście uznanie. Ale biznes muzyczny zdaje się nie za bardzo wyciągać wnioski z tego, co stało się w minionej dekadzie. Wiem, że masz gdzieś mainstreamowy biznes, nawet odrzucałeś oferty majorsów, ale czy myślisz, że coś może zmienić się na lepsze, czy tak zwani wielcy gracze wkrótce znikną ze sceny?

Moim zdaniem oni znajdą jakiś inny sposób, aby wyruchać artystów. Już starają się przejąć kontrolę nad merchandise’em oraz sprzedażą cyfrową kosztem wykonawców. Ale może będzie tak jak mówisz i wkrótce ci wielcy całkowicie znikną. Któż to może wiedzieć. Dopóty, dopóki jesteśmy w stanie pozostać niezależnymi i robić wszystko na naszych warunkach, utrzymywać tak silną bazę fanów jaką mamy, wydaje mi się, że będzie w porządku. Gdyby nadszedł taki dzień, że nie będzie to możliwe, po prostu przestaniemy istnieć.

Lata temu opuściłeś Montanę dla Portland. Nigdy tam nie byłem, ale trochę poczytałem o tym mieście. Wiele barów karaoke, opera, balet, orkiestra symfoniczna, teatry, H.P. Lovecraft Film Festival, parę znanych zespołów (Dandy Warhols, The Decemberists), reżyserów (Matt Groening, Gus Van Sant), pisarzy (Ursula Le Guinn, Chuck Palahniuk), a poza tym mnóstwo róż, parków i drużyna Portland Trail Blazers. Jest coś jeszcze, co chciałbyś mi polecić w Portland? Co najbardziej Ci się tam podoba? Mógłbyś mieszkać w jakimś innym miejscu?

Mam wrażenie, że sprawdziłeś na Wikipedii wszystkie najbardziej popularne aspekty tego miasta. Portland to wyjątkowe miejsce. Zwłaszcza, jeśli porównać je z Seattle, Vancouver albo San Francisco. Bardzo podoba mi się inicjatywa otwierania czegoś, co stanowi połączenie kin i pubów. Czyli, siedzisz sobie w normalnym kinie, oglądasz stare i nowe filmy, a w międzyczasie możesz wcinać jedzenie albo zamówić piwo lub wino. Lubię też to, że Portland jest położone między czterema zupełnie innymi rodzajami natury. W jedną stronę masz góry, w drugą ocean, w kolejną wodospady, ogromne klifowe wybrzeża. Jednakże pod względem towarzyskim to miasto jest do niczego. Ludzie tutaj są naprawdę wkurzający, choć pewnie tacy są również w każdym innym miejscu. Gdybym miał wybierać zamieszkanie w innym miejscu w Stanach, wybrałbym rejon północno-zachodni nad Pacyfikiem, Montanę albo Vermont.

Czy czujesz się lepiej, bardziej zainspirowany, będąc w mieście, czy gdy wędrujesz przez las albo mieszkasz w nim pod namiotem?

To zależy od mojego nastroju. Naprawdę bardzo lubię wspinanie się w lesie Mount Hood albo wędrówki po ogromnej przełęczy Columbia River Gorge, tudzież zalesionych, pokrytych czarnym piaskiem plażach stanu Waszyngton. Ale lubię również odwiedzać sklepy płytowe, restauracje, chodzić na koncerty i do galerii oraz teatrów w Portland. Miasto zaspokaja moje żądze wygody i konsumpcji, zaś natura inspiruje mój umysł oraz duszę. Czyli jest równowaga.

Wiem, że lubisz robić zdjęcia natury i ciekawych miejsc. Jak duże masz portfolio i czy nie myślałeś o tym, aby przygotować wystawę swoich prac?

Nie, już o czymś takim nie myślę. Moja dziewczyna jest w tej dziedzinie o wiele bardziej uzdolniona ode mnie.

Jeszcze powrócę na chwilę do Portland. Czytałem, że jest tam sporo browarów i winiarni. W minionych latach wielu wykonawców dodało do swojego merchandise’u piwo, wódkę, wino. Z tego, co wiem, umiesz robić wino i interesujesz się tym. Myślisz, że kiedyś może powstać wino Agalloch, czy tworzysz wyłącznie na użytek osobisty?

Gadam o różnych recepturach ze starszymi ludźmi z okolicy, ale nie wyprodukowałem żadnego wina od jakichś czterech lat. Wciąż mam parę butelek z 2004 roku, które spokojnie się starzeją. Całkiem nieźle udało mi się wino deserowe i słodkie. Don, nasz gitarzysta, produkuje własne piwo. Nawet rozmawialiśmy o tym, aby wyprodukować krótką serię podwędzanego portera z okazji premiery jakiegoś wydawnictwa lub koncertu Agalloch. Czas pokaże, czy uda nam się to zrobić.

Wiem, że słuchasz bardzo dużo niezależnej muzyki. Mógłbyś mi polecić jakichś artystów, których warto posłuchać?

Author & Punisher to jeden z najbardziej wyjątkowych artystów od wielu lat. Prawdziwa industrialna muzyka! Inne moje ostatnie odkrycia, które bardzo mi się spodobały to między innymi: Arktau Eos, Lasher Keen, Murkrat, Ash Borer, Greg Haines, Obsidian Tongue, Magenta Skycode, Todesstoss, Celephais, Rhinocervs, Hildur Guðnadóttir, The Alvaret Ensemble, Juv, Marcus Fjellström.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu!

Rozmawiał: Lesław Dutkowski