„Człowiek cienia” – rozmowa z Attilą Csiharem z Mayhem.

Legenda ekstremalnej i eksperymentalnej muzyki. Niesamowity wokalista, równie niesamowity performer. To artysta tego typu, że jeśli pojawi się na scenie, nie ma szans, aby oderwać od niego wzrok. W maju po raz kolejny pojawi się w Polsce.

Attila Csihar na płytach i koncertach a Attila Csihar podczas rozmowy, to jakby dwie zupełnie inne postacie. Jako artysta zaskakuje, przeraża, wzbudza kontrowersje, epatuje nihilizmem, brutalnością. Bez cienia wątpliwości jest jednym z najważniejszych wokalistów w historii black metalu, zaś nagrana przez Mayhem z Węgrem na wokalu płyta „De Mysteriis Dom Sathanas” to jeden z kamieni milowych gatunku. Podobnie jak materiały, które zarejestrował przez laty z węgierskim zespołem Tormentor. Z kolei w rozmowie poza sceną Attila to miły, spokojny, wesoły człowiek. Były nauczyciel fizyki i matematyki, ojciec nastoletnich dzieci, człowiek ciekawy świata oraz niezaspokojony artysta. Węgier ma na koncie mnóstwo projektów i kolaboracji (m.in. Void Of Voices, Plasma Pool, Burial Chamber Trio, Sunn O))), Aborym, Keep Of Kalessin, Jarboe, Ulver), a w planach są kolejne. Być może nową muzykę z udziałem Attili Csihara poznamy przed jego kolejną wizytą w Polsce z Mayhem, która nastąpi w maju 2013 podczas Asymmetry Festival. Tymczasem zapraszamy na zapis długiej i ciekawej rozmowy z przesympatycznym Węgrem.

Pierwsze pytanie kieruję do artysty, który podczas koncertów Mayhem wcielał się w papieża. Co sądzisz o decyzji Benedykta XVI o ustąpieniu z urzędu? Obeszło Cię to w ogóle? Sądzisz, że Kościół w jakikolwiek sposób na tym zyska?

Dla mnie to jest po prostu śmieszne. O niczym takim wcześniej nie słyszałem. Oczywiście, nie interesuje mnie ta religia, ale cała sprawa jest dość interesująca. Kościół katolicki to organizacja pełna zła, zniekształcająca umysły ludzi. Któż może wiedzieć, co teraz będzie się działo za kulisami, ale z pewnością sytuacja jest ciekawa. Trudno mi to komentować, ale słyszałem, że coś podobnego poprzednio miało miejsce setki lat temu. W mediach pojawiają się jakieś brednie, a nie słyszałem żadnego rozsądnego wytłumaczenia, co do powodów rezygnacji. Ale i tak, cokolwiek by nie powiedziano na ten temat, nie będzie to prawda albo będzie to niecała prawda. Tego jestem pewny (śmiech).

Wiem, że w ostatnich tygodniach sporo koncertowałeś z Mayhem. Niektóre z tych koncertów były, jak sądzę, szczególne. Mam na myśli występ w Dubaju oraz wyjątkowe wydarzenie pod nazwą „Barge Of Hell”. Jakie masz wrażenia z tych imprez?

Obydwie podróże były dla nas interesującym doświadczeniem. Co prawda, dla mnie każdy koncert to eksperyment, ale te dwa z pewnością były wyjątkowe. Zacznę od „Barge Of Hell”. To festiwal, który odbywa się na statku płynącym z Florydy na Bahama i z powrotem. Zdarzało mi się wcześniej grać na statku, ale to był tylko pojedynczy występ. W tym przypadku mówimy o pięciodniowej podróży. Było w sumie 30 zespołów i około 1500 ludzi na pokładzie. Fajne jest to, że wiele się w czasie takiej eskapady dzieje. Możesz spotykać się z fanami, bo nie ma żadnej strefy VIP-ów. Jesz w tym samym miejscu, co oni, pijesz w tym samym barze, co oni. Jeśli udział w imprezie bierze 30 zespołów, znaczy to, że w jednym miejscu jest około 150 muzyków, którzy się znają, w taki, czy inny sposób. Bycie na takim festiwalu było dla mnie czymś szczególnym. Mogłem pooglądać inne zespoły, zachowywać się jak fan. Jednym z najwspanialszych wrażeń z „Barge Of Hell” jest dla mnie koncert Possessed. Interesujące było też obejrzenie takich kapel jak Holy Moses, Sodom. Można było wspierać stare i młode zespoły. To też było fajne. Miałem wielką frajdę ze spotkań z fanami.

Z koncertem w Dubaju było zupełnie inaczej, i chyba jeszcze bardziej interesująco. Ponieważ był to pierwszy raz, kiedy Mayhem zagrał na Bliskim Wschodzie. I z pewnością był jednym z pierwszych tak ekstremalnych zespołów, jaki tam się pojawił. Osobiście, tę wyprawę uważam za bardziej interesującą i ważniejszą. Z powodów historycznych bardzo lubię ten region. Czasami podróżuję do krajów znajdujących się w sąsiedztwie, w basenie Morza Śródziemnego. Lecz nie tak oczywistych jak Egipt czy Liban. Wolę tereny dawnej Mezopotamii, Babilonii, Asyrii. Dawne kultury. One wywarły ogromny wpływ na ludzkość. Współczesna cywilizacja także ma swoje źródła w tym regionie. Uwielbiam tę część świata, dlatego koncert w Dubaju był dla mnie szczególnie ważny. Był niczym zostawienie piętna. Wystąpiliśmy w Dubaju, ale w pewnym sensie zagraliśmy dla całej Arabii. W samym Dubaju nie ma za wielu fanów metalu. To fajne miasto, nie zaprzeczę. Ale jest bardzo metropolitalne i zeuropeizowane. To mikstura wpływów światowych oraz mnóstwo biznesu wokół. Fani przyjeżdżali z Egiptu, Iranu, Syrii, Kataru , aby zobaczyć nasz koncert. Przyznaję, nie było oszałamiającej frekwencji, ale rozumiem dlaczego. W tamtym regionie nic nie jest pewne aż do ostatniej chwili. Możesz być fanem, ale musisz jakoś przekroczyć granice. Emiraty to otwarty kraj. Ludzie są mili. Zwłaszcza miejscowi. Wcześniej zdarzało się, że zakazywano nam koncertów w Indonezji i Malezji. Czasami ludzie są zbyt mocno zaangażowani w kwestie kulturalne, religijne. Aczkolwiek idzie ku lepszemu i w takich krajach jest coraz więcej wspaniałych fanów.

Było dla nas ważne, że udało nam się zagrać w Dubaju. Spotkać tamtejszych fanów metalu. W końcu przecież rozchodzi się przede wszystkim o muzykę, czyż nie? No i była wspaniała impreza po koncercie. Zaprosiliśmy na nią fanów.

Fani black metalu nie mogą doczekać się nowej płyty Mayhem. Minęło sporo czasu od ukazania się genialnego „Ordo Ad Chao”. Możesz mi powiedzieć, jak zaawansowany jest proces przygotowywania nowego materiału? W jakim kierunku pójdziecie tym razem? Może znasz już jakieś tytuły, liczbę piosenek lub tymczasową datę premiery?

Proces trwa i od pewnego czasu posuwamy się do przodu. Idzie wolniej, bo było trochę zmian w składzie. Takie przedsięwzięcie jak nowa płyta, dla takiego zespołu jak Mayhem, to bardzo złożony proces. Ale doskonale wiemy, jak powinniśmy pracować, jak funkcjonuje nam się najlepiej. Nie jesteśmy zespołem, który musi wydawać płytę co rok albo spełniać oczekiwania ludzi. Wkładamy w pracę wiele wysiłku, ale musimy czuć, że to, co robimy, robimy dobrze. Do tego dochodzi fakt, że gramy sporo koncertów. Chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie faworyzujemy podczas nich żadnej z naszych płyt. Czasami bardziej skupiamy się na starszym materiale, czasami na nowszych albumach. Tak więc, coś takiego jak nowa płyta, nie jest dla nas niezbędne. Ale jednocześnie potrzebujemy jej dla nas samych. Obecnie czujemy się pewniej i bardziej komfortowo, aby ją nagrać.

Jeśli o mnie chodzi, mam masę pomysłów. Angażuję się też w inne zespoły, ale Mayhem jest numerem jeden. Ostatnimi czasy piszę teksty, a chłopaki też wyskakują z jakimiś pomysłami. Wymieniliśmy doświadczenia minionej jesieni u mnie, na Węgrzech. Wtedy też zaczęliśmy nagrywać wersje demo. Było to w październiku i listopadzie 2012. Potem pojechaliśmy na trasę. Teraz wracamy do komponowania. Pewnie jeszcze trochę to potrwa, bo jesteśmy bardzo samokrytyczni. Ale mogę powiedzieć, że już mamy trochę dobrego materiału, bardzo interesującego. Nie chcę zdradzać tytułów, bo wszystko jeszcze się kształtuje. Nie podam Ci też tytułu płyty. Mam na niego kilka pomysłów. Jest parę fajnych idei, które zawarłem w tekstach. Wkraczam w nich na tereny metafizyki, piszę o tak zwanej czarnej energii, czarnej materii, o tym, co dzieje się poza czasem i przestrzenią, ale dotyka świata, w którym żyjemy. Nawiązuję do oficjalnej nauki. Te tematy były dla mnie szalenie inspirujące. Jest jedna rzecz, która zawsze była częścią muzyki Mayhem. Na „Ordo Ad Chao”, ale też na innych płytach, jest wiele wymiarów. Jest także bardzo ważny duchowy aspekt naszych numerów. Jednakże zawsze jakoś się to łączy ze światem materialnym, bo on jest integralną częścią naszej rzeczywistości. Nie przepadam za zbyt osobistymi tekstami. Wolę poszukać ciekawych tematów. Moje teksty zawsze są odbiciem stanu moich poszukiwań i moich zainteresowań. A w ostatnich czasach wszystko się zmienia. Jestem zafascynowany zmianami (śmiech). Był taki moment, że szukałem kierunku dla moich tekstów i zmiana była jednym z nich. Jest też pewne połączenie ze światem nauki, odrobina science fiction. Chociaż one zawsze były obecne w moich tekstach. Zarówno w dawnych czasach, jak i innych zespołach.

Obecnie na gitarze gra z Wami Telloch, znany z 1349 czy Gorgoroth. Ale w pewnym okresie były informacje, że zaprosiliście do współpracy Snorre Rucha z Thorns. Czy te informacje były prawdziwe, czy to tylko plotki?

Snorre to nasz stary przyjaciel, nie ma co do tego cienia wątpliwości. I nasz fan od bardzo dawna. Był taki pomysł, bo Snorre był już kiedyś zaangażowany w prace zespołu. Prawdopodobnie będę chciał poznać jego opinię na temat płyty (śmiech). Ale nie podjęliśmy żadnej decyzji i nie wygląda na to, żeby miał być zaangażowany w powstawanie nowej płyty. Snorre mieszka z rodziną na północy Norwegii, więc nie podejrzewam, aby chciał dołączyć do jakiegokolwiek zespołu i jechać na trasę. Komponuje własną muzykę, ma swoje własne wizje. Ale cały czas pozostajemy w kontakcie.

Jak ogłosiłeś na facebookowym profilu Tormentor, znalazłeś sporo nowego materiału tego znakomitego zespołu. Biorąc to pod uwagę, możesz mi powiedzieć, kiedy można spodziewać się winylowych reedycji „Anno Domini” i „The Seventh Day Of Doom”?

To jest ciekawy temat. Pomysł wydania takich reedycji podsunął mi mój stary przyjaciel, Szwed Jonas Svensson. Totalny fan Tormentor, jeszcze z dawnych czasów. Jonas także pracuje dla Mayhem, przygotowywał oprawę graficzną naszych koncertów, tylne bannery i boczne. Przez lata wałkowaliśmy pomysł zebrania starych nagrań Tormentor, z większą ilością zdjęć i innych interesujących materiałów. I wydania tego porządnie na winylu, jak powinno się było stać dawniej. Jestem szczęśliwy, że do projektu udało mi się namówić dawnych członków Tormentor, którzy wciąż są moimi przyjaciółmi. Zgromadziliśmy tyle materiałów, ile się dało. Znaleźliśmy między innymi dawne grafiki. Wykonał je nasz perkusista Zsoltar Machat, który był malarzem. Odkryliśmy dużo zdjęć sprzed lat. Tak więc, będzie specjalna wkładka, w której powstawaniu wzięli udział wszyscy członkowie Tormentor, nie tylko ja. Każdy z nas podzieli się swoją opinią na temat zespołu. Będzie piękna książeczka, plakat, masa fotek. To jakby jubileuszowe wydawnictwo, oddające hołd starym czasom, mówiące, co dla nas znaczyły, a znaczyły dla nas niemal wszystko (śmiech). Bo tak właśnie to wszystko się zaczęło. To, o czym mówię, to będzie edycja limitowana. Prawdopodobnie będzie też jeszcze jedna. Nie mówię niczego na pewno, bo jesteśmy małą wytwórnią (śmiech). To nasz prezent dla fanów. Ale nie nasz główny projekt. Dlatego też wszystko zabiera tyle czasu. Z radością mówię, że winyle tłoczyliśmy w Niemczech, w jednej z najlepszych tłoczni tego nośnika w Europie. Krążki są zrobione na podstawie oryginalnych taśm, które bardzo starannie zremasterowaliśmy. Sądzę, że brzmienie będzie fajne. Bardzo przykładaliśmy się do szczegółów. Do wykonania pozostał nam tylko booklet. Myślę, że zajmie nam kilka tygodni. Ale czuję, że zbliżamy się do końca. Wiele osób wyraziło zainteresowanie reedycjami, co jest bardzo fajne. Dodamy również naszywki. Data wydania jest coraz bliższa. Za nami 90 procent prac. A te dodatkowe nagrania, to kawałki z prób i stare nagrania koncertowe.

Attila, wiele czasu spędzasz na trasach koncertowych. A jeśli nie koncertujesz, przebywasz głównie w Budapeszcie. W wielu wywiadach podkreślałeś, że natura jest dla Ciebie ważnym źródłem inspiracji. Czy mam przez to rozumieć, że musisz wyjechać z Budapesztu, aby napisać nową muzykę lub teksty, czy w mieście również pracujesz? Są takie miejsca na Węgrzech lub w Norwegii, w których czujesz stały przypływ inspiracji?

Czasami zdarza się tak, że inspiracja nie jest związana z żadnym konkretnym miejscem. Cały czas mieszkam w Budapeszcie, bo tu się urodziłem i tu mieszka moja rodzina. To fajne miasto i kocham je. Aczkolwiek mógłbym mieszkać w każdym europejskim kraju. Ale żyję tutaj. Także tutaj potrafię pisać teksty, czytać i oczywiście jest tu dwójka moich nastoletnich dzieci, z którymi mieszkam. W dzisiejszych czasach fajne jest to, że dzięki internetowi nie ma aż tak wielkiego znaczenia, gdzie mieszkasz. Oczywiście, dużo podróżuję i pamiętam, że niektóre z moich tekstów powstały w wyjątkowych miejscach. Na przykład u wrót Pałacu Cesarskiego w Tokio. Siedziałem tam w kontemplacyjnym nastroju, w miłej atmosferze. To były teksty na album „6°Fskyquake”, który nagrałem ze Stephenem O’Malleyem. Niektóre teksty napisałem w Egipcie i w innych krajach. Zdarza się tak, że podczas tras zwiedzam samotnie różne miejsca.

Jesteś bez wątpienia wszechstronnym artystą i współpracowałeś z różnymi twórcami z całego świata. Zawsze też podkreślałeś, że nie lubisz mieć żadnych granic jako artysta. Biorąc to pod uwagę, mogę wysnuć przypuszczenie, że nie odmówiłbyś współpracy na przykład z Lady Gagą, jeśli kierunek muzyczny, artystyczny byłby dla Ciebie do przyjęcia? Czy też ów brak granic w kreacji odnosisz tylko do artystów undergroundowych a nie mainstreamowych?

Ciekawe pytanie. Jeśli o mnie chodzi, lubię współpracować z ludźmi, którzy wywarli na mnie duży wpływ. Jak na razie Lady GaGa do nich nie należy. Może za jakiś czas jakoś na mnie wpłynie. Po pierwsze, nie znam jej osobiście. I nie wiem za wiele o tym, co robi. Aczkolwiek to się może zmienić. Być może jest całkiem fajna. Czytałem i słyszałem o niej trochę miłych rzeczy, ale w tej chwili nie mają one dla mnie znaczenia. Co do kolaboracji, byłbym zainteresowany współpracą na przykład z Diamandą Galas, która wywarła na mnie wielki wpływ. Byłem zaszczycony, że mogłem nie tak dawno w Kopenhadze poprzedzać jej koncert. Zamieniłem z nią także parę zdań. Była dla mnie bardzo miła. Gdyby tylko zaproponowała mi współpracę, nie wahałbym się ani chwili (śmiech).

Jeśli już jesteśmy przy kolaboracjach, Balazs Pandi, który także wystąpi na Asymmetry Festival, nie tak dawno ujawnił, że pracuje nad nową muzyką, między innymi z Twoim i Merzbowa udziałem. Możesz mi powiedzieć coś więcej na temat tego projektu?

Ta współpraca jest możliwa dzięki nowym sposobom komunikacji. Jak wiesz, lubię współpracować z innymi, gdy czuję się przez nich zainspirowany. Oczywiście, to muszą być właściwe osoby. Balazs ma ogromną wiedzę muzyczną i jest wyśmienitym perkusistą. Wspaniałego noise’owego artystę Merzbowa spotkałem po raz pierwszy w Japonii, gdy koncertowałem tam z Sunn O))). Przyszedł na nasz występ w Tokio i jego część zagrał razem z nami. Później spotkałem go w Oslo, graliśmy na jednej imprezie. Ja otwierałem jego koncert z moim solowym projektem Void Of Voices. Balazs zapytał mnie, co sądzę o współpracy z nim i Merzbowem. Oczywiście odpowiedziałem, że jestem za. Tak więc, nasza wspólna muzyka może pojawić się niebawem. Ale nie mam co do tego pewności, bo Stephen O’Malley także zaproponował mi nagranie czegoś z Merzbowem. Ale było już spotkanie, porozmawialiśmy z Balazsem. To z pewnością będzie bardzo eksperymentalna muzyka. Tu bardziej chodzi o osobowości i klimat. Jest to jeden z moich planów na przyszłość.

Parę razy widziałem Cię na żywo i muszę przyznać, że masz nielichy talent aktorski. Nie myślałeś może o tym, aby bardziej zaangażować się w aktorstwo? Wiem, że masz już pewne doświadczenia zebrane na Węgrzech. Nie zdarzało Ci się później otrzymywać propozycji aktorskich?

Na początku dziękuję za komplement (śmiech). Ale nie, nie miałem wielu ofert. Jest taki gość z Włoch, który pytał się, czy nie zagrałbym w filmie, horrorze o zombie. To mogłoby być interesujące. Aktorstwo to zupełnie inne wyzwanie artystyczne. Chętnie bym się go podjął. Choć na pewno nie czuję się jakimś wielkim aktorem. Aktorstwo nie jest znowuż tak daleko od muzyki. Gdy jesteś na scenie, także grasz. Sam wiesz jak jest, niektórzy aktorzy biorą się za muzykę, i odwrotnie. Ale nie mam wielkiego ciśnienia, by się angażować w film. Zagrałem parę małych ról i podobały mi się te występy. Byłem też częścią ekipy filmowej i to było dla mnie bardzo ciekawe. Wiele można się nauczyć dzięki takiemu doświadczeniu.

Masz na myśli pracę przy filmie Tony’ego Scotta „Zawód szpieg”?

Tak. Bardzo miłe przeżycie.

Jak udało Ci się dostać tę pracę?

Zawdzięczam to mojej byłej żonie Norze, która pracowała przy tym filmie. Jakimś sposobem dotarła do niej informacja, że poszukiwana jest osoba do ekipy i dała mi znać. Było to dla mnie pierwsze tego typu doświadczenie, ale ona pracowała przy filmach wcześniej, także chociażby przy jednej z części „Szklanej pułapki”. Jestem jej bardzo wdzięczny, że mogłem pracować przy filmie Scotta.

Na stronie Asymmetry Festival ogłosiliśmy zabawę: „Jakie pytanie chciałbyś/-abyś zadać Attili Csiharowi”. Wybraliśmy dwóch zwycięzców. Oto pierwsze pytanie – czy Twoja mama jest dumna z kariery muzycznej syna? Była może kiedyś na koncercie Mayhem?

Wydaje mi się, że teraz już jest dumna. Jeśli chodzi o relacje rodzice – dzieci, moi rodzice zawsze kochali mnie i z całego serca wspierali. Choć oczywiście były takie czasy, że zupełnie mnie nie rozumieli, bo moje wybory za bardzo różniły się od ich oczekiwań. Trochę to dziwne, bo zacząłem zajmować się muzyką jako dzieciak, nastolatek, a oni myśleli, że to tylko fantazja małolata (śmiech). Ale trzymałem się tej fantazji, zaś moi rodzice uważali, że jest to coś dziwacznego. Nie popierali tego, ale dopóty wszystko było w porządku w innych aspektach mojego życia, nie wtrącali się. Czasami było to dla nich trudne. Moja mama przyszła raz zobaczyć koncert Void Of Voices. Czekaj… Była też na koncercie Mayhem! Nie byłem jeszcze wtedy w zespole, dołączyłem niedługo później. Przyprowadziła na koncert mojego syna, ale wyszła zanim zaczęli grać (śmiech). Moja mama jest w porządku. Oczywiście, dziś to już starsza pani, ale na szczęście cieszy się dobrym zdrowiem. Dziś jest ze mnie dumna, aczkolwiek nie sądzę, aby moi rodzice tak naprawdę rozumieli, o co w tym wszystkim chodzi. Ale z drugiej strony, kto rozumie? (śmiech)

I drugie pytanie – jak jesteś postrzegany na Węgrzech? Jesteś tak rozpoznawalny jak, na przykład, Nergal w Polsce, czy pozostajesz wielką postacią, ale w undergroundzie?

Powiem Ci, że wolę pozostawać trochę w cieniu. Nie potrzebuję wielkiego rozgłosu. Mam przyjaciół, ludzi, którzy znają moją muzykę, i to mi w zupełności wystarczy. Wolę, gdy ludzie mnie nie rozpoznają. Wtedy żyje mi się wygodniej. Nie interesuje mnie też zamieszanie w mediach. Chociaż czasami piszą o mnie różne gazety, magazyny, ale ich interesują tylko moje kontrowersyjne komentarze, nie zaś informacje o mojej muzyce. Oczywiście, na scenie metalowej jestem szanowany i jestem za to wdzięczny. Ale nijak się to ma do takiej popularności, jaką Nergal cieszy się w Polsce. Przy okazji, cieszę się, że mu się powiodło. Ja byłem kiedyś dość popularny w Norwegii. Mayhem jest tam popularny cały czas. Choć często postrzegany jako wróg publiczny numer jeden. I to akurat niewiele się zmieniło, pomimo tego, że cały świat tak bardzo się zmienia. Podsumowując, nie jest dla mnie ważne to, aby być obecnym w mediach.

Na Asymmetry Festival zagra też Vader. Chłopaki będą celebrować w 2013 roku 30-lecie istnienia. Kiedyś nagrali cover „Freezing Moon” Mayhem. Gdyby zaprosili Cię do gościnnego zaśpiewania podczas imprezy, rozważyłbyś to?

Cóż, wraz z zespołem musiałbym to rozważyć, sprawdzić, jak wygląda nasz grafik. Nie jestem przeciwny, ale parę kwestii musiałoby się zgrać. Lubię eksperymenty, ale pod warunkiem, że jestem nimi zainteresowany. Nie mówię, że nie jestem. Jeśli koncert Vadera będzie innego dnia niż nasz, będzie to bardziej prawdopodobne. Zwykle przed naszym występem jesteśmy bardzo zajęci. Jeśli zdarzy się wolna chwila, staramy się zrelaksować. Koncert to nie tylko to, co na scenie. Dochodzi do tego wiele przygotowań, kwestie techniczne, próba, wywiady. To złożona sprawa. Na chwilę obecną nie mówię „nie”. (śmiech)

Zazdroszczę Ci kilku rzeczy, w tym bycia dobrym z matematyki i fizyki. W obecnych czasach ludzie, którzy są dobrzy w tych dziedzinach, mogą liczyć na niezłą pracę, na przykład w bankach albo instytucjach finansowych. Czy nigdy nie przeszło Ci przez myśl, że może lepiej byłoby ograniczyć zaangażowanie w sztukę i postarać się o dobrze płatną pracę, czy też nigdy nie rozważałeś takiej opcji?

To interesujące i ważne pytanie. Które powoduje konfuzję, nie tylko u mnie, lecz również u innych artystów. Granie muzyki to bardzo ważne zajęcie, ale nigdy nie masz gwarancji, że pozwoli Ci ono przeżyć. Pomyśl o takim Van Goghu. Za życia nie sprzedał chyba żadnego obrazu, a dziś jest uważany za jednego z najważniejszych malarzy. Życie artysty jest pełne cierpienia i poświęceń, a ludzie często nie zdają sobie z tego sprawy. Muzyków także się to tyczy. Możesz nauczyć się muzyki w szkole, ale w szkole nie nauczą Cię, jak wyrazić emocje poprzez nuty. Tego nauczysz się dopiero poprzez doświadczenia życiowe. Wiedza i umiejętność wyrażania emocji muszą w jakiś sposób razem zaistnieć. Oczywiście, bywają wyjątki. W świecie popu ludzie mogą zaistnieć dzięki rozmaitym show, konkursom.

A wracając do Twojego pytania, tak, wiele razy przeszło mi coś takiego przez myśl. Co powinienem robić? Jak mam przetrwać? Ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że mam stałe zajęcie, a nagle przychodzi propozycja trasy koncertowej. Co wtedy? Jaką pracę trzeba mieć, która pozwoli Ci na wyjazd na tydzień lub dłużej? Wydaje mi się, że naprawdę niewielu szefów byłoby w stanie to zrozumieć. I w pewnym momencie musiałbym zrezygnować. Przyznaję, że jestem szczęściarzem, bo jestem w stanie wyżyć z muzyki. Ale zajęło mi to 25 lat życia. Nie mówię tu o bogactwie. Mówię o przetrwaniu na bardzo, bardzo przeciętnym poziomie. Lecz jestem wdzięczny i za to, bo nie muszę sprzedawać swojej duszy, nie mam żadnego szefa, który będzie mi mówił, co mam robić. Nigdy nie mieliśmy też menedżera. Tak więc, mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem, choć zostanie nim trochę mi zajęło. Fakt, pracowałem jako nauczyciel matematyki i fizyki, a przekazywanie wiedzy mi się podobało. Jednakże nie wiedzę chciałem dzieciakom przekazywać (śmiech). A to już było trochę kontrowersyjne i problematyczne. Choć wydaje mi się, że nie ma pracy, która nie wiązałaby się z problemami i kontrowersjami. Bycie muzykiem to ciężka robota. Wiele trzeba poświęcić, ale naprawdę warto to zrobić.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu.

Rozmawiał: Lesław Dutkowski