„Obraz surowej rzeczywistości” – rozmowa z Johannesem Perssonem, wokalistą i gitarzystą grupy Cult Of Luna.

Na co dzień decyduje, kto ma zagrać w filmie lub programie telewizyjnym. Po pracy spełnia się muzycznie. I to w dwóch zespołach. Khoma i bardziej znanym w Polsce Cult Of Luna. Ten drugi za niedługo po raz kolejny pojawi się w naszym kraju.

Wiedząc, że Johannes Persson jest poważną figurą w szwedzkim show-biznesie, oczekiwałem rozmowy z kimś nerwowym, asertywnym, megalomańskim, nawet aroganckim. Z kimś, komu wiecznie brakuje czasu. Rzeczywistość okazała się inna. Johanness to wprawdzie ciężko i dużo pracujący człowiek, ale najwyraźniej neurozy świata mediów i show-biznesu jeszcze go nie dopadły. Miły, spokojny, skromny, dbający o siebie, zatroskany losem zwierząt. I szczęśliwy z powodu szóstego krążka Cult Of Luna „Vertikal” (premiera pod koniec stycznia 2013). Właśnie ten materiał Szwedzi będą promować kolejnej podczas wizyty w Polsce. Zespół Johanessa będzie jedną z gwiazd piątej edycji Asymmetry Festivalu, który jak zwykle odbędzie się na początku maja we Wrocławiu, ale po raz pierwszy w Hali Stulecia. Rozmowę z sympatycznym Szwedem zacząłem od jego rodzinnego miasta.

Moje pierwsze pytanie nie jest związane z muzyką. Od jakiegoś czasu mieszkasz w Sztokholmie, ale chciałem Cię zapytać o twoje rodzinne miasto Umea. Było o nim niedawno głośno na całym świecie po tym, jak zainstalowano w nim na przystankach autobusowych urządzenia, które wytwarzały światło podobne do słonecznego, aby zmniejszyć efekty zimowej depresji. Czy zimowa depresja to poważny problem w Twoim rodzinnym mieście? Nie wiesz, czy ten eksperyment pomógł mieszkańcom?

Mówiąc szczerze, nie wiem, co mam powiedzieć. Tak naprawdę, nie wiem, czy Umea, lub ogólnie północna Szwecja, jest bardziej depresyjnym regionem, czy nie. Wydaje mi się, że Sztokholm jest o wiele bardziej depresyjnym miastem. Nie ma tu zimą za wiele śniegu. Owszem, jest więcej słońca, ale ze śniegiem jest krucho. A gdy jest śnieg, jest o wiele jaśniej.

Przejdźmy do nowego albumu Cult Of Luna, „Vertikal”. Między nim a poprzedzającym „Eternal Kingdom” jest aż pięć lat różnicy. To najdłuższa przerwa w Waszej historii. Pięć lat to szmat czasu i wiele może się w tym czasie zmienić. Cult Of Luna zmieniła wytwórnię z Earache na Indie Recordings. Skąd właśnie taki wybór? Dlatego, że firma jest ze Skandynawii? A może dlatego, że lepiej rozumieją, jak zajmować się takim zespołem jak Cult Of Luna?

Nie o to chodziło. Tak naprawdę wszystko było łatwe, ponieważ po „Eternal Kingdom” nasz kontrakt z Earache wygasł. Wypełniliśmy go i byliśmy otwarci na propozycje. Zgłosiło się do nas sporo wytwórni. Indie Recordings wybraliśmy dlatego, że w nich była pasja. Widzieliśmy ją we wszystkim, co robią. Podejście do pracy, do muzyki – to wszystko wiąże się u nich z wielką pasją. Poza tym, mamy to szczęście, że jesteśmy właścicielami naszych nagrań. Tak więc udzieliliśmy licencji Indie, a ponieważ mieliśmy wrażenie, że do tej pory nie byliśmy odpowiednio promowani w Ameryce, udzieliliśmy licencji na nowy album amerykańskiej Density Records. Naprawdę, nie były to żadne wielkie decyzje. Indie zaproponowała nam najlepszą ofertę i z niej skorzystaliśmy.

Wprawdzie między albumami jest aż pięć lat przerwy, ale Ty, Thomas Hedlund i Fredrik Kihlberg byliście bardzo aktywni muzycznie z drugim zespołem, Khoma. Wydaliście płyty w 2010 i 2012 roku. Biorąc to pod uwagę powiedz mi, kiedy właściwie zaczęliście pracować nad „Vertikal”? Czy był to wolny i dokładny proces, czy też mieliście mnóstwo pomysłów, które szybko zrealizowaliście?

Na pewno nie była to ta ostatnia opcja (śmiech). Mniej więcej po dwóch i pół roku przerwy poczuliśmy, że trzeba coś zrobić. Wtedy zaczęliśmy wymieniać się emailami, w których pisaliśmy mniej więcej: „OK, chcemy nagrać kolejny album. Musimy zdecydować, kiedy zacząć prace i w którym kierunku pójść”. Każdy z nas musiał to przetrawić przez kilka tygodni. Potem zaczęliśmy dyskusje. I nagle coś zaskoczyło. Mieliśmy szkic tego, jak płyta będzie brzmieć. W przypadku dwóch poprzednich krążków zaczynaliśmy pracować w odludnej okolicy i w dużym stopniu byliśmy zainspirowani północną Szwecją. Dlatego pewnie słychać to w brzmieniu tych albumów. Jeśli chodzi o „Vertikal”, postanowiliśmy zrobić zwrot o 180 stopni, stworzyć coś zupełnie innego, w inny sposób. Zdecydowaliśmy, że będziemy pracować w innym studiu, w innym otoczeniu, aby opowiedzieć inną historię. Było to konieczne ze względu na muzykę. Zadawaliśmy sobie różne pytania, na przykład: „Co to jest miasto?”, i odpowiadaliśmy, że: „Miasto składa się z ludzi”. Ale miasto samo w sobie to nie jest twór organiczny. Jest surowe, nieprzyjemne, są w nim fabryki. Pomyśleliśmy, że od tego powinniśmy wyjść. Następnie znów wymienialiśmy emaile, w których przesyłaliśmy sobie różne zdjęcia, które nas zainspirowały. Można powiedzieć, że gdy pisaliśmy kompozycje na „Vertikal”, mieliśmy ułożony swego rodzaju manifest. Wykonanie go zajęło nam dwa i pół roku. Niełatwo się pracuje, gdy są wyznaczone granice. Jednakże sądzę, że bardzo ważne jest, by je mieć. Dzięki temu mieliśmy więcej zabawy.

Miałem już okazję parokrotnie posłuchać „Vertikal” i w moim odczuciu to Wasza najbardziej naładowana emocjami płyta, do tego mająca trochę sznyt ścieżki dźwiękowej. Więcej jest chyba elektronicznych wstawek, za które Andersowi Teglundowi należą się wielkie brawa. Wiem, że jedną z inspiracji był dla Was klasyczny film Fritza Langa „Metropolis”. Czy to dlatego „Vertikal” ma taką mroczną, posępną, niepokojącą atmosferę? Chcieliście w pewien sposób opowiedzieć dźwiękami ten film?

Nie. Mówiłem już o tym, że przesyłaliśmy sobie różne zdjęcia, które miały na nas duży wpływ. Wszyscy dość szybko zauważyliśmy, że wiele z tych fotografii dotyczyła właśnie filmu „Metropolis”. Inspirował nas jak najbardziej niemiecki ekspresjonizm filmowy, ale też art deco, futuryzm, duch czasów, w których ludzie byli zmuszani do pracy przy maszynach, gdy maszyny odgrywały dużą rolę w ewolucji człowieka. Tak więc powiedziałbym, że „Metropolis” to trochę taki klejnot w koronie. Płyta w żadnym razie nie jest bezpośrednio zainspirowana tym filmem. Bardziej jest tak, że dzięki filmowi powstały odpowiednie odcienie, kolory i oddana została surowość takiej rzeczywistości.

Pamiętasz może, kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś „Metropolis” i jakie ten film zrobił na Tobie wrażenie? Pytam, ponieważ jesteś absolwentem szkoły filmowej w dziedzinach produkcji i reżyserii filmowej oraz telewizyjnej, więc podejrzewam, że artystyczny, wizualny aspekt dzieła Langa ma dla Ciebie szczególne znaczenie.

Po raz pierwszy obejrzałem ten film właśnie podczas studiów w szkole filmowej (śmiech). Potem zdarzało mi się oglądać go we fragmentach. Minęło już parę lat, odkąd po raz ostatni po niego sięgałem. Cóż mogę powiedzieć, film jest po prostu cudowny.

Czytałem parę recenzji filmu Fritz Langa, w których napisano, że przedstawił on metaforycznie totalitaryzm. W tym kontekście chciałbym z przymrużeniem oka zaznaczyć, że jest pewne „totalitarne” skojarzenie związane z Cult Of Luna – na Asymmetry Festival 2013 zagracie we wrocławskiej Hali Stulecia. Miejscu przeszło 100-letnim, w którym kiedyś przemawiał Adolf Hitler. Wiedziałeś o tym?

Nie miałem pojęcia. Oświeć mnie nieco bardziej.

Jak powiedziałem, Hala ma ponad 100 lat i dziś jest częścią dziedzictwa UNESCO. Oczywiście była parę razy odnawiana. Zaprojektował to miejsce niemiecki architekt w 1913 roku. W 1933 roku Adolf Hitler krótko przed wyborami, po których zdobył władzę, zjawił się we Wrocławiu i przemawiał do swoich zwolenników. Właśnie w miejscu, które dziś nosi nazwę Hali Stulecia.

To bardzo interesujące. Wszyscy jesteśmy częścią naszej własnej historii, ale dla kogoś z zewnątrz może ona brzmieć egzotycznie. Tak przy okazji powiem Ci, że jestem jedną z nielicznych osób z mojego kręgu, która przeczytała całe „Mein Kampf”. Hitler z pewnością był ciekawą postacią. Ale po lekturze muszę powiedzieć, że ten facet zdecydowanie potrzebował porządnego redaktora (śmiech). Po pierwsze, książkę trzeba by skrócić o jedną trzecią, bo jest zdecydowanie za długa. Hitler wiele razy powtarza to samo. Oczywiście był strasznym megalomanem. Pisze o sobie, jakby był prorokiem, mesjaszem. Zasadniczo druga część książki to brednie. Mówi o różnych sprawach jakby były prawdziwe, a nie są. Ale pierwsza część jest bardzo ciekawa, bo Hitler opowiada historię swojego życia.

Mogę Ci polecić dobrą książkę o nim, „Hitler: Studium tyranii” brytyjskiego historyka Alana Bullocka.

Tak, wiem o niej, ale jeszcze nie czytałem. To chyba jedna z podstawowych książek o Hitlerze. Polecało mi ją wiele osób, więc zdecydowanie muszę ją przeczytać.

Chciałbym pociągnąć filmowy wątek „Vertikal”, o którym wspomniałem wcześniej. W końcu rozmawiam z absolwentem szkoły filmowej. Jak wyobrażasz sobie film z muzyką Cult Of Luna? W jakim gatunku miałby być?

Nie mam zielonego pojęcia. Moim zdaniem muzyka w filmie fabularnym powinna od początku do końca pasować do klimatu opowiadanej historii. Można do niej napisać wszystko, różne gatunki muzyki, jeśli tak jest. Na pewno byłoby ciekawie, gdyby naszą muzykę dało się wykorzystać na przykład w komedii. Oczywiście, gdyby historia była właściwa. A tak swoją drogą, miałem już okazję pisać muzykę do czarnej komedii. Razem z Kristianem Karlssonem (z grupy Khoma – red.). Skomponowaliśmy parę piosenek. Było to bardzo interesujące doświadczenie. Dziś pisanie muzyki do filmów to coś zupełnie innego niż kiedyś.

Wyobrażasz sobie, kto mógłby zagrać w takim filmie z muzyką Cult Of Luna? Kogo chciałbyś w nim widzieć?

Wprawdzie moja codzienna praca do bycie szefem castingów, ale powiem szczerze, że nie mam pojęcia (śmiech).

A z nominacjami do Oscara jesteś już zaznajomiony? Ogłoszono je kilkanaście godzin temu.

Niestety jeszcze nie. Wiem tylko, że „Operacja Argo” jest nominowana.

„Lincoln” też.

Ok, ale żadnego z nich jeszcze nie widziałem. Wiem również, że nominację dostał szwedzki dokument „Searching For Sugar Man”. Wszyscy mówią mi, że to kapitalny film, lecz też go jeszcze nie widziałem. Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie, że nie za bardzo wiem, co się wokół mnie dzieje.

Kiedy nie jesteś na trasie masz sporo pracy związanej z telewizją. Wiem też, że lubisz dbać o siebie, sporo biegasz. Zapewne próbujesz też być na bieżąco z filmami i książkami. Ale zastanawia mnie, co robisz wraz z kolegami, by zabić czas na trasie koncertowej? Jakieś wariactwa, a może wolicie się zrelaksować, pozwiedzać trochę albo spotkać się z fanami i po prostu pogadać?

Nie. Wydaje mi się, że jesteśmy bardzo nudną kapelą (śmiech). Zobaczymy, co się będzie działo na tym tournée. Będzie sporo rzeczy do zrobienia. W zasadzie głównie będę pracował na trasie.

Johannes, jesteś wegetarianinem od prawie 20 lat. Czyli los zwierząt nie jest Ci obojętny. Zresztą, sprawdziłem na twoim profilu facebookowym i wiem, że angażujesz się w akcje na rzecz ochrony zwierząt. Czy Twoim zdaniem człowiek w XXI wieku może się czegoś nauczyć od zwierząt?

Tak naprawdę uważam, że sporo możemy nauczyć się o świecie, o zachowaniu ludzi, studiując życie zwierząt. One też mają życie społeczne, które każdy człowiek ma w genach, które jest w naszej naturze. Jeśli chodzi o kwestie moralne, nie sądzę, abyśmy się mogli zbyt wiele nauczyć od zwierząt. Musimy jednak zdawać sobie sprawę i pogodzić się z tym, że nie jesteśmy jedynymi stworzeniami na tej planecie. Było już sporo badań na małpach, które potwierdziły, że są nam pokrewnym gatunkiem. Moim zdaniem, ludzie muszą się nauczyć bardziej tolerować obecność innych istot. Patrzeć na nie z innej perspektywy. Ja widzę to tak, że akurat tego spojrzenia ludzi na zwierzęta, jest dziś stanowczo za mało. Powinniśmy je traktować tak dobrze jak to tylko jest możliwe.

Gdy rozmawiam z muzykiem ze Szwecji, zawsze musi paść jedno pytanie – jak to do cholery możliwe, że jest u Was tyle znakomitych zespołów, reprezentujących chyba wszystkie możliwe style? Czy Szwedzi są aż tak muzykalni, edukacja muzyczna jest taka dobra, a może państwo wspiera muzyków?

Nie wiem. Serio, nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tak się dzieje. To trochę dziwne, że w kraju, który liczy chyba 8 milionów ludzi, jest tylu znakomitych wykonawców. Weźmy ABBA, Meshuggah i wszystkie inne zespoły pomiędzy nimi. Jest całkiem sporo grup, które odniosły sukces, a które powstały w niewielkim kręgu ludzi. Tych jest naprawdę masa. Są też jeszcze zespoły, którym się powiodło, a są popularne tylko w Szwecji. Wszyscy sobie nawzajem pomagają. I wydaje mi się, że tu leży klucz do odpowiedzi na Twoje pytanie – każdy pomaga każdemu. Uwierz mi, mam w domu mnóstwo demówek od ludzi, którzy chcą, abym posłuchał ich muzyki. Jedna prawidłowość, która się pojawia, gdy ich słucham jest taka, że wszyscy są o krok z tyłu. Jest dużo zespołów, które brzmią jak inne. Oczywiście, nie ma w tym niczego złego, ale ja chciałbym usłyszeć coś nowego. Jeśli masz już coś nagrać, powinieneś dbać o to, by muzyka była choć trochę inna od tego, co znasz. Trzeba się odważyć i spróbować różnych rozwiązań. Zwłaszcza, jeśli poruszasz się na terenie post rocka albo post metalu. Jest tak wiele zespołów, które próbują brzmieć jak Meshuggah albo The Dillinger Escape Plan tylko z czystymi wokalami. Nudzi mnie takie granie po mniej więcej trzech kawałkach. Ale i tak w Szwecji jest wielu wykonawców, którzy na trwałe zmienili oblicze muzyki. Był też kiedyś fundusz rządowy, który umożliwiał naukę gry na instrumencie. Sam z niego nie skorzystałem. W większości wszystkiego nauczyłem się sam.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zastanawia – skąd u Was tylu świetnych autorów kryminałów? Niemała część z nich to całkiem atrakcyjne kobiety. Przecież w Szwecji przestępczość nie jest zbyt wielka, z tego, co mi wiadomo…

Nie umiem na to odpowiedzieć (śmiech). To znaczy, wskaźnik przestępczości jest rzeczywiście niewielki. A w Szwecji mamy wielu wspaniałych pisarzy. Niedawno zakończyłem pracę przy filmie „Szybki Cash 3″ (obraz, o którym mówi Johannes, to kryminalna historia studenta ekonomii o podwójnym życiu, poza uczelnią prowadzi on działalność przestępczą; film powstał na podstawie bestsellerowej powieści Jensa Lapidusa – red.). W zasadzie to pracowałem przy każdej z trzech części. Nie wiem, czy te filmy są popularne w Europie, ale odniosły sukces w Szwecji. Są mocne, surowe, prawdziwe. Przygotowywałem obsadę każdego z nich, więc znam wszystkich w nich występujących. Wielu z tych facetów gra samych siebie. Nie są tak naprawdę aktorami. Posiadanie takich ludzi w obsadzie było wielką zaletą „Szybkiego Cashu”. Szukaliśmy ludzi, którzy wiedzą, jak mówić, jak zachowywać się w środowisku, w którym rozgrywa się akcja, ponieważ wtedy całość jest bardziej wiarygodna.

Wracając na koniec do Cult Of Luna. W 2013 roku świętujecie 15-lecie istnienia. Kawał czasu. Pamiętam jak niemal równo 10 lat temu rozmawiałem z poprzednim wokalistą Klasem Rydbergiem o krążku „The Beyond”. Wtedy porównywano Was do Isis, Neurosis. Obecnie to młode zespoły porównuje się do Was. Jak się z tym czujesz?

Doświadczam tego tylko wtedy, gdy zadaje mi się to pytanie (śmiech). Tak naprawdę, nie jesteśmy zbyt aktywnym zespołem. Dlatego jest to dla mnie dziwne. Dziwne jest, że dostaje e-maile od ludzi, którzy piszą do mnie, że ich zainspirowałem. Do dziś patrzę na coś takiego oczami 16-latka, który wziął do ręki gitarę i któremu było ciężko powiedzieć coś do ludzi, których uważał za swoich idoli. Dziwnie się czuję z tym, że jestem w życiu innych ludzi, których inspiruję i którzy szanują mnie za to, co zrobiłem. Naprawdę ciężko się do tego odnieść. To jakby nierealne. Ale robimy to, co robimy. Potrafię tylko pisać muzykę. Jeśli ludzie ją lubią, cieszę się. Obecnie mamy na koncie sześć albumów i wydaje mi się, że udawało nam się iść do przodu, rozwijać się. Nie wiem, czy dalej będziemy w stanie to robić (śmiech). Nie wiem, co zdarzy się dalej. Mogę zupełnie szczerze powiedzieć, że mój wkład w „Vertikal” to najlepsze, co kiedykolwiek zrobiłem. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się stało, bo nie gram za wiele na gitarze i nie myślę za dużo o muzyce. Ale jestem szczęśliwy z tego, co do tej pory udało mi się osiągnąć.

Zdecydowanie powinieneś być. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na Asymmetry Festivalu!

Rozmawiał Lesław Dutkowski